Ostatnio nie nadaję się do tak wielu rzeczy, że spokojnie przespana noc napawa mnie dumą.
*
- ...i na koniec powiem ci Smoczyco, że tak to właśnie jest. To samce, zwykłe samce...
- Trochę szacunku dla przeciwnika Dżulia...
- Co??
- Szacunku... nie samce, a samcowie :)
*
Każda kobieta ma w życiu trzy słabości: dużych chłopców, małych mężczyzn i starszych panów.
*
Chwila rozpaczy w przymierzalni.
- Nie, po prostu nie...w sukienkach po tej zimie wyglądam jak kiełbasa...
- Yhm, jak kiełbasa... nie dla psa...
*
Chwila refleksji na stoisku ze szpilami, satynami i ogólnie pojętą macicą.
- Ty popatrz na tych wszystkich mężów, chłopów i kochanków co zatrzymują się z siatami przed wejściem. Stoją i nie wejdą. Jakby to ujma była jakaś. Patrz jacy znudzeni. A ty tak się tu przechadzasz swobodnie? :P
- Jacy znudzeni?! To maska jest, pod spodem strach. Tu trzeba mieć jaja, żeby wejść, inaczej cię zaraz za pantoflarza wezmą, albo co gorsza za stylistę...
*
Żaden mężczyzna nie zrozumie kobiety, tak jak druga kobieta. Ani nie zrani jej tak jak ona.
F.
skomentuj (1)
Pierwszą oznaką wiosny nie są wcale przebiśniegi czy tam krokusy wyskakujące z burowatej trawy na rondach i skwerkach, ale brzozy. Ich białe pnie pojawiające sie zaraz po tym jak schodzi ostatni śnieg. Pozostałe drzewa giną na tle ziemistych kołtunów, bezlistne. Jedynie brzozy świecą. Wyskakują na każdym zakręcie. Białe przecinki. Tak często, że zwalniam. Mijam spływający po stoku cmentarz, rekalmę życia doczesnego, mijam wetknięte gęsto przy drodze pstrokate, podmiejskie bilboardy...reklamy reklam.
Na tych ostatnich dziś skupiam się bardziej, bo muszę załatwić reklamację,sprawę stukającego czegoś w lewym kole. Auto jak dzieciak przed wizytą u dentysty krztusi się, szuka wymówek...mam ochotę docisnąć mocniej gaz, ale boję się, że przegapię informację o tym, gdzie skręcić do poleconego mechanika. Jest.
I kolejki nie ma. Przede mną właśnie zbiera się do wyjazdu młoda kobieta. Płaci mechanikowi, coś jeszcze ustalają. Rzucamy sobie przelotne spojrzenie. Każda z nas myśli, że wygląda lepiej od tej drugiej i ma lepsze auto. Obydwie mamy paskudne włosy.
- Dzień dobry. Ale dziś ruch i to same panie!? - wita mnie radośnie machanik.
- Ano panie. I to same - śmieję się i szybko przechodzę do kwestii stukotów w kole, bo wyczuwam, że mechanik gaduła. A ja spieszę się dziś. Spieszę.
- Dobra - mówi mechanik - niech pani wjeżdża w budkę. Przyniese se tylko światło - i kieruje mnie na podnośnik.
Budka jak na budkę jest bardzo nowoczesna i nie przypomina przydomowego warsztatu. Wszędzie plastik i pleksa.
Wychodzę z auta i odwracam się do drzwi spodziewając się mechanika, ale tymczasem jakiś gałgankowaty pocisk wpada do budki i z impetem odbija się od okna naprzeciwko wejścia.
- Rzucił we mnie szmatą? Czy kiego?
Podchodzę do okna. Musiała spaść gdzieś przed maską.
Wróbel! Ogłuszony uderzeniem w szybę. Na skrzynce po piwie.
Pierwszy odruch i już leży w moich dłoniach. Ostrożnie. Ma podwinięte i przykurczone pazurki. Czuję jak przez chudy szkielecik przebija się ptasie serce. Życie, co stukocze, bije. W miniaturce.
- Niech go pani dmuchnie...- słyszę tuż obok ucha.
Mechanik nachyla się ciekawie. Już mam skomentować narzucającą się dwuznaczność, ale wstrzymuję się widząc jak czarne od smaru paluchy, z pokąsanymi przez narzędzia paznokciami delikatnie dotykają wróbla.
- Tylko nie w dzioba, wie pani o tak ...w piora. Niech se myśli, że to wiatr. Wróci zaraz. O tak - nie czuję wcale oddechu mechanika, ani ruchu powietrza, ale drobne piórka na brzuchu ptaszka poruszają się rytmicznie. Nic - może niech pani wyjdzie z nim na pole.
Wychodzę, siadam na kupie drewna. Pocięta brzoza. Mechanik grzebie coś pod podniesionym autem. Ogląda.
- I jak? - pytamy się jednocześnie siebie nawzajem. I to ja pytałam się o koło.
- Nic - odpowiadam pierwsza - dalej nieprzytomny - patrzę wyczekująco na mechanika, ale temat wróbla zajmuje go bardziej.
- Może mu za zimno.
- Może.
- Niech pani wejdzie do domu tam po schodkach. W kuchni jest ciepło - mechanik patrzy na mnie tak poważnie, że nie wiem, co odpowiedzieć.
Biorę wróbla i wchodzę po schodkach. W kuchni jest czysto, jasno i rzeczywiście ciepło. Rozkrojony, nie schowany chleb, czajnik na gazie, Mastercoo ...k zdrapane, białe szafki pociągnięte olejną i ceramiczne gałki z zatopionymi w sobie fiołkowatymi kwiatkami. Czekamy z wróblem jak wróci ten ktoś, kto przerwał przygotowywanie posiłku. Słyszę szuranie na schodach. Mechanik.
- I jak? Lepiej? - powtarza się - da go pani.
Bierze wróbla z moich dłoni i układa ostrożnie na kuchennym stole, na ściereczce w kratkę. Obok leży kromka chleba.
- Jak się obudzi, będzie miał śniadanie do łóżka - uśmiecham się.
Mechanik rozpromienia się. Przysuwa kromkę bliżej zwierzątka. Siada na taborecie zaraz obok. Stoję chwilę. Czas. Ucieka mi czas. Widzę przez okno, że auto dalej pod sufitem. Sięgam ręką po komórkę. Nie mam innego zegarka.
- Tu nie ma zasięgu - mówi mechanik wpatrzony w wróbla.
W końcu czajnik zaczyna gwizdać. Mechanik spogląda na mnie wyczekująco.
- He..he..herbaty? - pytam się zaskoczona sobą i nim.
- Poproszę - to wprawdzie mógł być przypadek, ale wiedziałam, że herbata jest w szafce po prawej w odrapanej, żółtej puszce po Vegecie. I żadne tam torebeczki. Prawdziwe, czarne, skręcone listki. Mechanik słodzi trzy łyżeczki. A chleb odkładam do chlebaka nad lodówką. Zbieram okruchy i strzepuję do plastikowego wiadereczka obok soli. Domowa bułka okruchowa, nietarta. Mechanik zaraz uskubie listek z geranium stojącego na parapecie i wrzuci do podanej mu herbaty.
Siadam naprzeciwko niego. Pomiędzy nami leży nieprzytomny wróbel i unoszą się obłoczki aromatycznej pary ze szklanek w wiklinowych koszyczkach. W tym domu kubki są na śmietanę. Drżą mi ręce i nie podnoszę wzroku na mechanika. Boję się, że zaraz wejdzie moja Babcia, prowadząc pod ramię swoją mamę. Prababcia jak zwykle mnie nie pozna i będzie mnie posądzać o kradzież obrazków. Dopiero Babcia uspokoi ją herbatą z geranium, którą nauczyła mnie przyrządzać. I opowieściami, kogo to spotkała w drodze do sklepu.
- Sam tu mieszkam - przerywa ciszę mechanik. Podnoszę głowę i widzę, że jest zakłopotany - rzadko kto tu wpada. A dziś i człowiek i wrobel.
Uśmiecham się na dźwięk wypowiadanego słowa "wrobel". Przypomina mi się stary kawał.
- A wie pan, dlaczego wróbel piszemy przez o z kreską?
- Nie...
- Bo wrobel ma dziorę w dopie - mówię to tak, że mnie samej zaczyna się chcieć śmiać. Mechanik też się uśmiecha. Ze zrozumieniem.
Urażony prawdopodobnie żartami na swój temat wróbel vel wrobel postanawia dojśc do siebie i zaczyna rozprostowywać obie łapki. Kręci łebkiem.
- Wyniese go, bo tu se jeszcze kark skręci - alarmuje mechanik i wychodzi z kuchni niosąc budzącego się wróbla. Idę za nimi z kromką chleba.
Wróbel położony na pociętej brzozie obok kromki po sekundzie już podskakuje. Rozgląda się po okolicy. Musi zapamiętać, gdzie ma wrócić po jedzenie. Znika. Przynajmniej na chwilę, żeby z bezpiecznej odległości ocenić jeszcze raz sytuację.
- To jak z tym stukotaniem w lewym kole? - przypominam sobie.
- Zostanie - odpowiada mechanik, opuszczając auto na ziemię - taka już jego natura.
*
Zasięg. Dzwonek telefonu.
- I jak Kicia dogadałaś się z tym zawieszeniem? Jak to stukotanie?
- Tak dogadałam się. Bardzo dobrze.
- Co bardzo dobrze?
- Dogadałam się i stukotanie też. Ma się dobrze. Nie da rady tego naprawić. Jak się zrobi cieplej może samo przejdzie.
- Aha...Kiedy będziesz?
- Zaraz będę. Już zaraz.
- Dobra to ja czekam.
Ja też. Mechanik poszedł po drugą kromkę. Tę pierwszą wróbel z kolegami wsunęli aż miło w kilka minut.
F.
skomentuj (4)
Miałam kiedyś starą kartkę z "Przekroju" z 68 roku bodajże. Z kotami i fraszkami. Przez pewien czas wisiała u mnie w pokoju. Kartka kończyła się na 19. dniu marca. Kalendarz obrazkowy z grafiką, która zboczyła moją wyobraźnię na zawsze. Kartka z "Przekrojów", które prenumerował mój dziadek i oprawiał w wielkie tomiska u introligatora...Kartka, która pachniała tak, że wsytarczyło przypomnieć sobie jej obraz w głowie, żeby poczuć zapach.
Brakowało na niej pierwszych dni wiosny, zawierała całe moje "czekanie na". Była moim czekaniem. Na lepsze.
Pewnego dnia wsadziłam tę kartkę w kopertę i wysłałam. Nie wiem dlaczego. Lubiłam ją. Lubiłam oczekiwanie. Zbieranie przedśpiewów budzącymi się zmysłami i porównywanie z fraszkami z danego dnia.
Chciałam się podzielić moim czekaniem i czymś co utrzymywało mnie na powierzchni.
Nie mogę dać czasu, bo go nie mam.
Nie mogę dać inspiracji, bo najzwyczajniej w świecie jestem nudna.
Nie mogę nikogo męczyć, bo lekarz zabronił mi przemęczać się.
Mogę dać kartkę z kalendarza. Z czasem niepełnym, ale cudownie spełnionym. I to wielokrotnie :)
Skorzystaj, albo spal.
Tylko błagam... nie podcieraj się.
F.
skomentuj (7)